FRANCJA 2018 – wspomnienia część 2 – „Francuscy chórzyści”

FRANCUSCY CHÓRZYŚCI

Na piątkową próbę, 2 listopada, przyszło ich dziesięcioro – 2 panie i 8 panów. Byli wśród nich Annick i Jean-Pierre z chóru „Chantelle chante” z miejscowości Chantelle, którzy zgromadzili znajomych chórzystów, także z chóru „Chamlumier” z Vichy.

Zgromadzeni w holu teatru mieliśmy czas przypatrzeć się sobie, domyślając się (bo nikt nas sobie nie przedstawił), że to nasze francuskie wsparcie.

 

Rozśpiewanie było już wspólne i nie trudne, no może z wyjątkiem słowa „niedźwiedź”, które Francuzi bohatersko starali się wymówić i „nie” wychodziło im bardzo dobrze.


Pani Krysia pokonywała barierę językową koncertowo. Przemierzała scenę wszerz i wzdłuż pokazując grupie francuskiej drogę wejścia i zejścia ze sceny, ruch składania i rozkładania skoroszytów, poważną minę i szybki ruch rąk w przypadku trudności z utrzymaniem tempa i śliczny uśmiech, kiedy wszystko gra.
Pierwsze minuty śpiewu nie były, chyba, dla nich łatwe – zgrany chór na scenie, a oni bez nut, bez tekstów. Niektóre z nas wsparły ich własnymi egzemplarzami Marsylianki, Le chant du depart, Le chant des Partisans i Fleur de Paris, za co byli bardzo wdzięczni. Druga zwrotka Marsylianki sprawiała naszym francuskim chórzystom na początku pewną trudność, ale tak już jest – chyba, na całym świecie, że umiemy dobrze pierwszą zwrotkę hymnu, a dalszych uczymy się na specjalne okazje. Rozstawaliśmy się tego pierwszego dnia już zaprzyjaźnieni i „a demain”, czyli „do jutra” zabrzmiało kilkadziesiąt razy.

W dniu koncertu w Teatrze Vichy chórzyści pojawili się w jednakowych czarnych koszulach, panie w eleganckich ciemnych strojach i wszyscy mieli przypięte biało-czerwone kotyliony zamówione przez Jean-Daniela. Pięknie się to komponowało z naszymi, niezwykle starannie wykonanymi kotylionami z Polski. No, i mieli wydrukowane teksty pieśni, w kolorystycznie dopasowanych do naszych segregatorów, teczkach.


Podczas koncertu byliśmy już zgranym polsko-francuskim chórem. Na tle obydwu sztandarów śpiewaliśmy wszyscy z duszy i serca dla pani Krysi i dla licznie zgromadzonej publiczności, która reagowała żywiołowo śpiewem i oklaskami. Tym razem żegnaliśmy się już uściskami i gestami uznania, a nawet podziwu. Bo, jak my, używający na co dzień słów typu „niedźwiedź”, „pogrześć”, „zagrzmi”, „zgnębił”, „krzyż”, jesteśmy w stanie zaśpiewać kilka piosenek w zrozumiałej, a nam się wydaje, że nawet ładnej, francuszczyźnie?

Kiedy na wspólnym obiedzie, na który zaprosił nas Mer Fleuriel z małżonką, doszło „vin rouge”, to już przy daniu głównym nie dało się wytrzymać bez śpiewu. Zaśpiewaliśmy połączonym chórem „Va, pensiero”, co zabrzmiało pięknie!


Drugi koncert odbył się w zamku Chareil-Cintrat i przebiegł śpiewająco. Chór francuski, tym razem panowie w ciemnych garniturach, był świetnie widoczny na scenie, my staliśmy niżej, na praktykablach. Widownia, na początku poważna i uważna, potem coraz bardziej uśmiecnięta, a na końcu bardzo serdeczna i entuzjastycznie nas oklaskująca. Bisowaliśmy „Fleur de Paris”.


W znakomitych humorach dotarliśmy na kolację do kolejnego zamku Chateau des Equillons, własności państwa Stuyjów. Zaczęliśmy śpiewać naprzemiennie – Francuzi, Polacy – już po jakiejś pół godzinie. Czasem udawało nam się utrafić we wspólnie znaną piosenkę np. „Życie na różowo”, czy „Bando, bando”, a „Szła dzieweczka” z bujaniem była przebojem. Iza tańcem uświetniła śpiew, a zaszalał z nią Jurek.

Trudnym dla Ursynovii Cantabile był moment wyciągniętych ramion kolegów francuskich w stronę pani Krysi i jednoznaczne pragnienie przeniesienia jej do Vichy. Broniłyśmy piersiami i protestami. „Nie damy pani Krysi, póki sił”!

Przez 30 km powrotnej drogi do naszego Centrum w Vichy śpiewaliśmy nadal z Annick, Jean-Pierre-m i pozostałymi kolegami w autokarze, ale już piano, pianissimo, spokojne, nastrojowe piosenki. Była „Ciemna nocka” i „Cicha noc, święta noc”.
Podróż wydała nam się za krótka. Rozstawaliśmy się, jak przyjaciele. Jeszcze pani Krysia obdarowała gości najpiękniejszymi jabłkami z Polski, jakie kiedykolwiek widziałam, a oni zachwyceni powtarzali „merci, merci” i trzeba było ostatni raz wpaść sobie w ramiona.
Au revoir francuscy chórzyści!

Anna Almasi