FRANCJA 2018 – wspomnienia część 3 – „Relacja z koncertów”

Relacja z koncertów odbytych w Vichy i Fleuriel przez chór Ursynovia Cantabile Ursynowskiego Uniwersytety Trzeciego Wieku przy SGGW.

Koncerty były celem naszej wyprawy, toteż przejęci byliśmy nimi bardzo. Mieliśmy śpiewać w teatrze, gdzie najwspanialsi tego świata bywali. Więc z niepokojem obserwowaliśmy, czy widownia na 400 miejsc się zapełni. Zapełniła się w połowie, co uznałam za sukces, gdyż nie zauważyliśmy anonsów na mieście poza plakatem w teatrze.

                     

Dzień przed odbyła się próba, na którą zaproszono mężczyzn z chóru z Vichy. Przybyło ośmiu mężczyzn w towarzystwie dwóch chórzystek. Początkowo zachowywali się z pewną wyższością, lecz gdy ich pani Krysia wzięła w swoje aksamitne, lecz konsekwentne uściski muzyczne, spokornieli, a słysząc swoje pieśni w naszym  wykonaniu kręcili z podziwu głowami. W końcu pracowaliśmy nad nimi przeszło rok.

Właściwy koncert był zapowiadany pięknie przez naszego opiekuna Jean Daniela, który opowiadał o francuskiej i polskiej historii ilustrowanej pieśniami w  Grażyny Matkowskiej i naszym wykonaniu przy znakomitym akompaniamencie naszego pana Krzysztofa Łazutki.

Zaczęto hymnami: polskim i francuskim. To, że znamy naszego „Mazurka Dąbrowskiego” było dla nas „oczywistą oczywistością” i sądziliśmy, że Francuzi drugą zwrotkę Marsylianki znają na pamięć, bo pierwszą i my znaliśmy, ale gdzie tam. Śpiewali z tekstem. Później obserwując widownię na drugim koncercie stwierdziłam, że nikt z publiki drugiej zwrotki nie śpiewał. Widocznie tak to już u nich jest.

Z kolei zabrzmiała nasza „ulubiona” „Blondynka”. Aplauz. Potem „Karmaniola” Jeszcze lepiej. A potem burza oklasków tak po wykonaniach Grażyny, jak i naszych. Najlepiej przyjęto chyba polską „Wojenkę” i francuski „Marsz partyzantów” tak znakomicie zainscenizowany przez naszą dyrygentkę z rytmicznym tupaniem, nuceniem i wspólnym śpiewaniem z Francuzami oraz końcowe „Fleur de Paris”

A dwie lekkie piosenki, męską „Madelon” i grupową „Tout va tres bien” rozbawiły publiczność znakomicie. A Grażyna dodała kolorytu sugestywnymi wykonaniami  pieśni francuskich i trójkolorowymi szalami. Myślę, że chyba lepiej jej  głos pasuje właśnie do francuskiego repertuaru ze względu na barwę zbliżoną do głosu Edith Piaf.

Oczywiście bisowaliśmy. Grażyna zaśpiewała wraz z nami „Sokoły”. My natomiast „Warszawa, ja i ty” oraz „Fleur de Paris”. Publika rytmicznie klaskała i nawet próbowała z nami te „Sokoły” śpiewać.

Oczywiście były oficjalne podziękowania i wystąpienia mera Vichy oraz naszej pani prezes Elżbiety Rubinstain. Myślę jednak, że ta część oficjalna była za długa i trochę zminimalizowała efekt naszego koncertu. Po koncercie francuscy chórzyści nam dziękowali i gratulowali, a my im. I atmosfera stała się naprawdę przyjazna.

Drugi koncert zaśpiewaliśmy we Fleuriel w sporej sali na ok 200 osób w okolicznym zamku. Sala była pełniutka. Niektórzy goście stali.Program był taki sam i przyjęcie podobne, choć może bardziej entuzjastyczne. Ale atmosfera luźniejsza, może ze względu na bliską łączność widowni ze sceną.

A po tym koncercie byliśmy zaproszeni do innego zamku na dîner. Zatem zgodnie z zleceniem Grażyny ubraliśmy się wizytowo, a tu okazało się, że zaproszono nas do jakiejś bocznej oficyny zapewne ze względu na liczbę  gości (około 50). Ale jedzenie, acz serwowane przez zakochanych we Francji gospodarzy było smaczne i obfite. A już na trunkach to nikt nie oszczędzał. Stąd szybko zaczęto śpiewać na zmianę polskie i francuskie pieśni biesiadne, a wspólnie zabrzmiało „Va, pensiero”. I nawet bez akompaniamentu zabrzmiało pięknie.

 

Francuzi rozgrzani winem zaproponowali NASZEJ pani Krysi kontrakt u nich. Nazwali nas bowiem chórem zawodowym i pozazdrościli takiego fachowca. Oczywiście zgodnie krzyknęliśmy, że nie oddamy, ale ja sobie pomyślałam w duchu: „jak to dobrze, ze nasza dyrygentka nie zna francuskiego.

Zaczęły się nawet tańce. Pisząca te słowa nawet zarządziła akcję „fruwa moja marynara”, ale  musieliśmy szybko skończyć, bo raniutko czekała nas powrotna podróż.

Żegnani wylewnie przez sympatycznych Holendrów i ich psa, razem z Francuzami zgodnie celebrującymi z nami przyjaźń polsko-francuską, wyruszyliśmy do Vichy.

Izabela Gac.