Wspomnień czar – czyli warsztaty w Okunince cz. II

Atmosfera panująca tutaj latem przypomina tę z przepełnionych turystami słynnych kurortów nadmorskich. Tyle, że zamiast morza, jest tu działające jak magnes jezioro Białe. Krótko mówiąc uroki Okuninki są tu serwowane bez przerwy i potrafią zaspokoić nawet wyszukane oczekiwania.

Główny nurt turystyczny w ostatnich dniach sierpnia wprawdzie odpłynął, pozostawiając kurz na autostradach, a nam – warsztatowiczom – nieco więcej miejsca na deptaku i w miejscu naszego zakwaterowania – w Niebieskich Migdałach.

Mogliśmy w pełni i na różne sposoby korzystać z bogatej oferty jeziora Białego, ale również przytulić się do słupa granicznego, stojącego na granicy z Białorusią, zachwycić się jeziorem Glinki,  gdzie mniej „kurortowo” i bliżej przepięknej natury wypoczywała resztka niespieszących się turystów. Mogliśmy również – w przerwach między zajęciami chóralnymi – wypoczywać, leżąc pod kokosowymi palmami na piasku w Niebieskich Migdałach – jak fajnie to brzmi – a w nas brzmiała afrykańska kołysanka „Thula baba, thula sana”.

Oprócz tej kołysanki brzmi mi w uszach do dziś poezja Andrzeja Poniedzielskiego, wyśpiewana przez nasz chóralny, artystyczny duet teatralny –  Joasię i Piotra, podczas wieczornego spotkania. Specyficzny żart, połączony z niepowtarzalnym sposobem postrzegania „realu” przez autora, w szczególny sposób splótł mi się z Niebieskimi Migdałami. No bo o czym można myśleć, co nucić, stojąc w kolejce do szwedzkiego stołu, który nie jest zaczarowanym stolikiem, sam się nie nakrywa i nie serwuje zawsze pełnego zestaw dań, a przed tobą stoi niezdecydowany smakosz, starannie dobierający kształt plasterków i kontempluje kolorowe elementy resztek sałatki, a koniec kolejki przebiera nogami, goniąc oczami znikający bezpowrotnie serek. Tu przeciskają się ciepłe dania, a tam gorąca kawa…

Oj tam, oj tam… ”Pa! Role. Pa! Role.  Szumi mi w głowie wiśniowy sad… W wieku DELETE pilnujmy raczej by nie październiczeć” – jak mówi poeta.

Co jeszcze pozostanie w pamięci?  Równie gorące jak panujący wtedy upał spotkanie z ludźmi z pasją w Domu Kultury we Włodawie. Tej pasji starczyłoby jeszcze na dwie takie Włodawy. Zachwyciłam się tym, co robią – ich śpiewem, tańcem zaangażowaniem najmłodszych uczestników aż po instruktorów, gościnnością i radością, z jaką prezentowali swój dorobek.

Swoistym „smaczkiem”  były dwa wspólne robocze spotkania z chórem z Włodawy „Vlodaviensis” i  ich dyrygentem panem Marcinem. Taki rodzaj „warsztatów w warsztatach”. Możliwość pracy pod ręką innego dyrygenta i zarazem metoda, aby szybko opanować nowy utwór. Oni nauczyli nas zuluskiej „Siyahamby”, my ich  „C-jam bluesa”.

Wspólny koncert tych dwóch  chórów we Włodawskim Domu Kultury zamknął te warsztaty, przewiązując je piękną kokardą i zaksięgował w rubryce „Wspomnienia”.

Jadzia Ż.

 

 

Zobacz galerię zdjęć…